
Skoro, jak powiedziałem, postaci w ostatnich obrazach są bardziej „realistyczne”, to rodzi się pytanie, dlaczego wybrałeś taką drogę rozwoju? Wydaje się, że idziesz od syntezy do analizy.
F.P.: Hm. Być może tak jest, ale ja tego nie zauważyłem. Może po prostu nauczyłem się lepiej kontrolować pędzel? Faktem jest, że opieram się na fotografii i bez niej w ogóle bym sobie nie poradził. Wiem to na podstawie wielu prób malowania obrazu bez wspomagania się zdjęciami – to były nieudane próby. Ale zależy mi na tym, żeby fotografia podpowiadała tylko to, co należy do sfery historii, opowieści, a co jak zdradziłem ci przed chwilą, jest dla mnie sferą raczej drugorzędną. Rzecz w tym, żeby przetransponować fotografię na język malarstwa. To w praktyce rodzi paradoks. Przyglądasz się fotografii tak dokładnie, jak tylko potrafisz, a potem uciekasz od niej tak daleko, jak tylko to możliwe. Dlatego nie wydaje mi się, żeby moje obrazy były realistyczne, przynajmniej tak, jak chciałby Courbet, czy, nieco inaczej, Gerhard Richter albo Eric Fischl. Sama dbałość o pewne elementy tożsamości postaci nie oznacza pogoni za przedstawianiem rzeczy takimi, jakimi wszyscy je widzimy na co dzień. Mam przynajmniej taką nadzieję. Więc znowu wrócę do farby. Trzeba jej używać w taki sposób, żeby było ją widać.
Rozumiem, że malowanie obrazów czysto dekoracyjnych, nieprzedstawiających w ogóle cię nie interesuje?
F.P.: W ogóle. Kiedyś próbowałem to robić, ale tamte próby
z dzisiejszej perspektywy wydają mi się zupełnie nieudane.
Nawet zrobiłem kilka wystaw z takimi obrazami. To był dla mnie zupełnie stracony czas.
W takim razie powiedz, ładne, czy brzydkie? Jakie są twoje obrazy? Bo ja mam wrażenie, że lubisz mówić o rzeczach obstrupiałych kwiecistym językiem…
F.P.: Wydaje mi się, że dialektyka ładne – brzydkie nie oddaje sensu poszukiwań współczesnego malarstwa. Estetyka dążąca do pokazania piękna – a zatem świadoma tego jak wygląda brzydota, potrafiąca ją odszukać i „odmalować” skończyła się gdzieś w XIX wieku. Nie sądzę, żeby na jakimkolwiek współczesnym malarzu robił wrażenie komplement: „jakie piękne są twoje obrazy”. Analogicznie, wątpię, żeby obraził się, gdyby usłyszał, że jego obrazy są brzydkie. Przychodzi mi do głowy autor scen naprawdę obrzydliwych, Bronisław Linke, który po prostu chciał, żeby jego przekaz zawierał wszystkie możliwe okropności i oślizłości tego świata. Jego to prawdopodobnie bawiło, tak jak bawi reżyserów trzeciorzędnych horrorów widok żywego trupa z siekierą w głowie.
Myślę, że jeśli chcesz powiedzieć dziś malarzowi coś przykrego, daj mu do zrozumienia, że jego obrazy nie robią wrażenia – jeśli jest malarzem abstrakcyjnym. Jeśli jest malarzem przedstawieniowym, powiedz, że jego obrazy nie mówią nic szczególnego, albo są konwencjonalne i mało odkrywcze. A w ogóle najlepiej mów, że nie wytworzył własnego języka artystycznej kreacji... (śmiech).
Jeśli chodzi o mówienie o rzeczach obstrupiałych... Myślę, że moje obrazy próbują w jakiś sposób zdefiniować rzeczywistość, którą znam. Jeśli ona przyjmuje czasem obstrupiały charakter, to niech
ci będzie, choć to pojęcie wydaje mi się dość ekstremalne, a moje obrazy są raczej dalekie od ekstremum. Z kolei język, który nazywasz kwiecistym, swoją kwiecistość zawdzięcza pewnie szczodremu użyciu farby. Ciekawe, że gdybym muskał płótno gładkimi pędzelkami, to mówiono by, że to normalność, obiektywizm, zwyczajność. Ale ponieważ nie żałuję farby, słyszę, że to kwiecisty język. Moim zdaniem to zupełnie normalny język malarstwa. Choć muszę tu dodać, że bluzganie farbą nie jest jedyną receptą na malowanie obrazów. Wystarczy zestawić Pollocka z Markiem Rotkho. Jeden bluzgał, drugi muskał, ale stosując wiele przenikających się i uzupełniających warstw osiągał nieprawdopodobną głębię, luminescencję swoich błękitów i czerwieni. Tak też działał Turner, którego obrazy, nie wiem, czy tylko dzięki odpowiedniemu oświetleniu w Tate Gallery, świecą tak, że trzeba zakładać okulary przeciwsłoneczne. Dochodzę więc do refleksji, że chodzi nie tyle o ilość użytej farby, ale o wyzyskanie jej jakości.
Na twoich obrazach pojawiają się geje, wszechpolacy, dresiarze, nauczyciel pedofil, agenci niewiadomych służb.
Źli faceci, ale namalowani w taki sposób, że chciałoby się mieć to na ścianie. Jak to możliwe?
F.P.: Wątpię, żeby ktokolwiek chciał wieszać moje obrazy w swoim domu. Ale to znów świadczy o tym, że współczesne obrazy raczej nie służą dekorowaniu wnętrz. Ja widzę swoje obrazy w jakichś logicznych ciągach w galerii. Galeria jest miejscem dla współczesnych obrazów. W swoim domu nie mam żadnego własnego obrazu na ścianie i dobrze mi z tym. Nie chcę oglądać tych wyzierających gęb na co dzień. Tych gejów i wszechpolaków. Ich miejsce jest w galerii i niech się cieszą, że tam przychodzą ludzie, którzy chcą się im przyglądać.
Ale przecież twoje obrazy są w jakimś stopniu dekoracyjne. Przecież obaj to wiemy.
F.P.: Zgoda, może są, ale to wynika z potrzeby trzymania się pewnych reguł komunikacji za pomocą wizerunku, a nie z chęci tworzenia dekoracji. Siłą rzeczy myślisz o kompozycji, o tonacji barwnej, o kontrastach. Ale to są rzeczy, które należą do norm języka, którym się posługujesz. Jeśli stoisz przed studentami i chcesz im coś powiedzieć, to też dobierasz słowa. Zamiast mówić „wiesz, co mam na myśli”, próbujesz znaleźć język, za pomocą którego dotrzesz do tego faceta, albo facetki. Mówisz: „proszę zastanowić się nad kompozycją, proszę wzmocnić, albo osłabić kontrasty”. Używasz do tego konkretnych słów. Malarstwo też posiada swoją leksykę i składnię. Możesz ją burzyć tylko dlatego, że ją znasz. Kazimierz Malewicz doszedł do białego kwadratu na białym tle po długim okresie ćwiczenia języka postimpresjonistycznego. A potem i tak wrócił do postaci. Te postaci mogą się dziś wydawać dekoracyjne. Ale ile jest w tym niezgody na tradycyjną leksykę i składnię malarstwa, wie tylko
sam Malewicz.
Czy malowanie obrazów publicystycznych, zaangażowanych nie jest dzisiaj przypadkiem łatwą receptą na malarstwo? Mam wrażenie, że malowanie obrazów „społecznie krytycznych” jest po prostu modne, dobrze odbierane w światku krytyków
i zainteresowanych. Najlepiej jeszcze, żeby zdradzały postępowy, lewicowy światopogląd autora. To zapewnia sukces.
Czy nie sądzisz, że malarz nie powinien wchodzić w cudze buty, zamieniać się w publicystę, że od tego są inni ludzie, inne dziedziny plastyki, np. plakat społeczny?
F.P.: Rzeczywiście, lewicowy światopogląd autora może być kluczem do sukcesu, czego dowodem jest lansowanie Sasnala przez „Krytykę Polityczną”. Trzeba mącić dobre samopoczucie burżuazji za pomocą sztuki krytycznej! (śmiech). Myślę że zawsze środowiska krytyków i kuratorów wystaw zdradzały bardziej lub mniej lewicowy światopogląd, więc poszukiwały artystów, którzy swoją twórczością prezentowali podobny sposób myślenia.
W końcu lewicowość oznacza odrzucenie konserwatyzmu, ciąg do przodu, czyli, jak powiedziałeś postęp. W takim sensie lewicowymi byli Giotto, bracia Van Eyck, Tycjan, Rembrandt, Velázquez, Turner itd.
Jeśli chodzi o zarzut, że podebrałem komuś buty, to będę się zdecydowanie bronił, bo najlepiej jest mi we własnych,
z charakterystycznie startą podeszwą (śmiech). Naprawdę nie widzę żadnej publicystyki w moich obrazach. Moje obrazy to przede wszystkim mniej lub bardziej udane studia postaci i jeśli gdzieś pobrzmiewa publicystyka, to jest to zjawisko wtórne, wynikające z próby być może zbyt precyzyjnego określania postaci. Przyszło mi właśnie do głowy, że publicystycznym malarzem można by uznać na przykład Jemesa Ensora. Wyobraź sobie jakie możliwości krytyki społeczeństwa tkwią w korowodach jego dziwnych, groteskowych postaci. Pytanie tylko, co na to powiedziałby sam Ensor. Pewnie by się mocno skrzywił.
Poza tym sensem publicystyki jest formułowanie wyraźnego przekazu. Publicystyka mówi: moim zdaniem to i tamto, jest tak
a tak, a powinno być śmak, etc. A ja nic takiego nie mówię.
Ja w ogóle nic nie chcę mówić, kiedy maluję. Wtedy wolę oddać głos innym.
Oprócz tego, że malujesz, zajmujesz się też teorią malarstwa, jego filozoficznymi fundamentami. Czy to pomaga w pracy artystycznej? A może przeszkadza? Może malarz powinien abstrahować od wszystkich tych teorii, być na nie głuchy?
Czy może teoretycy sztuki zbyt często mijają się z intencjami twórców?
F.P.: Na pewno mit głupiego malarza, takiego, który posługuje się nadzwyczajną intuicją, a nie potrafi sformułować prostego zdania na temat swoich obrazów jest mitem szkodliwym. Pamiętam serial telewizyjny, skądinąd bardzo fajny, o Van Goghu, którego grał Timothy Roth. Van Gogh łaził tam w obluzowanych galotach, był spięty, skoncentrowany tylko na malowaniu i wydawał się być człowiekiem, który nigdy nie przeczytał żadnej książki. Genialny prostak. To ma się nijak do rzeczywistości, bo naprawdę Van Gogh potrafił w niezwykle precyzyjny sposób formułować swoje malarskie cele, co widać choćby w jego listach do brata, gdzie mówi między innymi o rozterkach związanych z użyciem takich, a nie innych kolorów. Te listy mają nie tylko walor historyczny, ale wręcz literacki. Myślę, że wartość listów Van Gogha, podobnie zresztą jak litstów Cézanne’a jest nieoceniona nawet, jeśli utrwalają stereotyp wariata w pierwszym przypadku i starego tytana pracy w drugim. Więc świadomość własnych celów to podstawa. Jeśli do tego dodać znajomość choćby części z tysięcy mądrych stron, które napisano na temat malarstwa, to można mówić o pewnym teoretycznym przygotowaniu do zawodu, jakim jest malarz. Każdy zawód wymaga wiedzy, autorefleksji. Tym bardziej malarz powinien wiedzieć, gdzie się znajduje, co już zrobiono, do czego mogą prowadzić rozmaite odniesienia, które siłą rzeczy generują jego obrazy. Skoro białe płótno, przed którym stajemy jest już rzekomo zamalowane, to warto wiedzieć kto je zamalował i co na nim namalował.
Czy współczesny malarz zachwyca się dawnymi mistrzami, czy gardzi nimi? Czy wiedza o historii malowania obrazów jest mu potrzebna?
F.P.: Dawni mistrzowie posiadali umiejętności, o których dziś możemy pomarzyć. Żyjąc w świecie, gdzie malarstwo było jedną
z niewielu sztuk ożywiających, czy uobecniających byli kimś
w rodzaju, jakkolwiek głupio to zabrzmi - czarodziei, potrafiących przywołać coś nieobecnego. Dziś umie to fotografia, kserokopiarka, drukarka, etc. Dziś malarz ma ogromną konkurencję. Ale ponieważ wtedy, dawno temu, malarz był monopolistą w zakresie wytwarzania wizerunków (dzielił się tym monopolem z twórcą rycin, ale był znacznie bardziej poważany) posiadł takie możliwości, że do dziś robią kolosalne wrażenie. Miałem wiele sytuacji, w których stając twarzą w twarz z obrazem w muzeum albo galerii, myślałem „jak to możliwe”? Tak było we wspomnianym wcześniej przypadku Turnera w Tate Gallery. Dotąd nie mogę pojąć, jak można uzyskać tak fluoroscencyjne kolory nieba? Tak też było w przypadku „czarnych” obrazów Goyi w National Gallery w Londynie. Jest
w nich całe zło schyłku hispańskiej kontrreformacji, strach, przemoc, niepewność. Tak też było, kiedy widziałem cykl Marii Medici Rubensa w paryskim Luwrze. Mięsistość, że użyję twojego określenia, radość, żywioł malarstwa, energia bijąca z tych obrazów mogła by ogrzać stutysięczne miasto. Ale tak też było, kiedy oglądałem obrazy Matisse’a , Picassa (padam na kolana przed Guernicą), Bacona, Hockney’a, czy Tapiesa. Dla mnie to też dawni mistrzowie. Nieprawdopodobnie genialni faceci. Masz więc odpowiedź na pytanie, czy współczesny malarz zachwyca się dawnymi mistrzami, czy nimi gardzi.
A’ propos, na obrazie Martwa natura wg Hockney’a pojawiają
się albumy z obrazami Bacona, Picassa, Hockney’a i Matisse’a – teraz już wiem, że nie przez przypadek.
F.P.: Tak, zostawiłem ślad zupełnie jak nieudolny morderca. Nic na to nie poradzę (śmiech). Choć jest to chyba niezbyt szczęśliwy przykład, bo wydaje mi się, że ten obraz jest niespecjalnie udany...
Są tam jeszcze dwa intrygujące przedmioty: aparat cyfrowy
i odtwarzacz mp3…
F.P.: To są narzędzia pracy. Jedno utrwala pomysły, które rodzą się w głowie, a potem przekształcają się w pozowane zdjęcia.
Te z kolei służą jako szkice do obrazów. A odtwarzacz dostarcza energii. Muzyka w pracy jest niezbędna. Często zdarza mi się, że mimo wspierania się wcześniej przygotowanymi szkicami podążam w zupełnie nieznanym kierunku, wyznaczanym właśnie przez muzykę. Muzyka może być jak bęben mieszający kulki w totolotku.
Poza tym na obrazie widać przedmioty składające się na tradycyjny warsztat: nienagannie przygotowany blejtram, media, sykatywy, pędzle, paleta o charakterystycznym kształcie, farby ułożone w pudełeczku. Czy tak właśnie wygląda twój warsztat?
F.P.: Częściowo. Blejtramy przygotowywać umiem, ale ponieważ nie chce mi się tego robić, kupuję gotowe, studyjne, wykonane
z bawełnianego płótna. Ich zaletą jest cena i, co może wydawać się mało istotne, niewielki ciężar. Krosna wykonane są z cienkich listewek, płótno też jest cienkie. Solidne, grube blejtramy ważą dużo więcej i przy noszeniu kilkudziesięciu obrazów z pracowni do samochodu ciężarowego, a to zdarzyło mi się już parę razy, taka różnica ciężaru ma znaczenie. Wadą tych blejtramów jest jednak ich jakość; zdarza się, że krosna się paczą, a cienkie płótno odkształca się od ciężkich ciosów zadawanych pędzlem. Nie mam jednak z tym problemu, bo nie tworzę muzealnych eksponatów do narodowej galerii, tylko obrazy, z których wiele nigdy już nigdzie nie pokażę. Bo mam nadzieję, że z roku na rok maluję coraz lepsze. Sykatywy używam prawie zawsze, bo jestem niecierpliwy. Potrzeba nieustannych poprawek wymaga często, aby warstwa farby szybko wyschła, bo w mokrej trudno coś w istotny sposób zmienić. Kolory brudzą się i w końcu powstaje szarofioletowe błoto, którego szczerze nienawidzę! (śmiech). Często potrzeba wprowadzania zmian do bardzo zaawansowanego obrazu zmusza mnie do rozpaczliwych zajęć. Zdarza mi się na przykład zdrapywać szpachlą całe wielkie powierzchnie tła, bo po ustawieniu wszystkich kolorów okazuje się, że tło ma niewłaściwy kolor.
To żmudna i wyjątkowo nieprzyjemna praca, w której usuwam szpachlą tony farby i wyrzucam ją do kosza. Modlę się przy tym, żeby nie zepsuć przy okazji bardziej udanych fragmentów. To taki bolesny lifting, w którym uświadamiam sobie, że większość decyzji, jakie podejmuję w trakcie malowania obrazu jest zła i tylko metoda prób i błędów jest w stanie doprowadzić mnie do w miarę poprawnego efektu. Bilans strat jest taki, że trzeba więcej zepsuć niż się ostatecznie osiąga. Jeśli chodzi o farby ułożone w pudełeczku, to mit, który stworzyłem na potrzeby obrazu, o którym mówimy. W rzeczywistości niedokręcone i niechlujnie wyciskane tuby latają po całej pracowni. Raz na jakiś czas robię przegląd wojsk, wyrzucam starych, wyciśniętych wiarusów, za ciężkie pieniądze mobilizuję nowych i szereguję ich na dużym blacie według skali chromatycznej. Biel, żółcienie, ugry, czerwienie, fiolety, błękity, zielenie, brązy i czernie. Żeby było łatwiej znaleźć odpowiednią farbę w trakcie bitwy.
Jaką rolę odgrywa w twojej pracy rzemiosło, sprawność techniczna? Czy znajomość malarskiego rzemiosła, kiedy można korzystać z gotowych podobrazi, szybkoschnących farb akrylowych, sykatywy w spraju jest potrzebna?
F.P.: Nie jestem sprawny technicznie, a przynajmniej nie tak, jak bym chciał. Z tym, że czym innym jest umiejętność stosowania farb i mediów według ich przeznaczenia, a czym innym sprawność
w posługiwaniu się pędzlem w taki sposób, aby łatwo osiągnąć zamierzony efekt. Mówiąc o sprawności technicznej mam na myśli ten drugi aspekt. Jeśli chodzi o znajomość rzemiosła, uważam, że im więcej umiesz, tym lepiej. Jeśli ktoś chce być zakładnikiem gotowych rozwiązań, proszę bardzo. Ja zostawiam sobie furtkę do eksperymentów. A żeby eksperymentować trzeba trochę znać się na alchemii. Przyjdzie taki czas, że to wykorzystam. Oj, brzmi to jak terrorystyczna groźba, wytnij to (śmiech).
Co odpowiedziałbyś tym, którzy obwieścili kres malarstwa? No, może nie kres, ale jego bezużyteczność? Pojawiają się głosy, że obrazy to obiekty zgromadzone w sterylnych wnętrzach galerii, których nikt nie odwiedza, że ustępują w atrakcyjnością i łatwością percepcji nowym mediom, obrazowi ruchomemu, animacji, sztuce internetowej, street artowi…
F.P.: Kres malarstwa? To brzmi pompatycznie i durnie. Równie dobrze można by obwieścić kres muzyki w tonacji durowej, bo teraz przyszedł czas na molową. Albo kres piłki nożnej, bo teraz modna jest tylko ręczna. Albo kres piwa i erę wódki. Czy odwrotnie. Wszystko jedno.
Czy myślisz, że ludzie chcą jeszcze oglądać obrazy?
F.P.: Ja na przykład chcę. I to bardzo. Myślę, że jest jeszcze na świecie przynajmniej kilku takich jak ja.
Malujesz z myślą o wystawach, wernisażach, winie, kwiatach
i przemowach?
F.P.: Maluję z myślą o kompletowaniu serii obrazów o podobnej tematyce, czy stylistyce. Widzę swoje obrazy w dłuższych ciągach, nigdy pojedynczo. W tym sensie galerie są mi niezbędne, bo tylko tam mogę swoje obrazy tak zobaczyć. Kwiaty na wernisażach są krępujące i ich nie lubię, choć doceniam gest tych, którzy je wręczają. Wina zazwyczaj nie ma już w momencie, kiedy docieram do stolika. Przemowy lubię. Niestety obmyślam je w ostatniej chwili i na otwarciu wystawy częściowo improwizuję. Ale za to staram się nie przekraczać magicznych trzech minut.
Czy zazdrościłeś kiedyś komuś, że maluje lepsze obrazy?
F.P.: Zazdroszczę wielu malarzom. Zazdroszczę sprawności, pomysłowości, swobody w posługiwaniu się kolorami. Nigdy nie wiem jak to jest, że kiedy Hockney zestawi dwa kolory to wygląda to znakomicie, a kiedy te same dwa kolory zestawię ja, to wygląda fatalnie i muszę zdrapywać pół obrazu szpachelką! (śmiech).
rozmawiał Przemysław R. Engol
<<< do góry
Przemysław R. Engol (ur. 1978), krytyk i historyk sztuki, związany
z pismem „Aplauz Polityczny”, autor publikacji prezentujących nowe tendencje w polskiej sztuce oraz esejów wydanych przez oficynę Wyraz–Wizerunek–Teren pod tytułem: O awans do pierwszej ligi. Antologia młodej sztuki przełomu wieków (Gdańsk 2007), oraz książek Jak zniechęcić do sztuki. O lansowaniu, lansujących
i lansowanych (Warszawa 2008), Zimno mi i nic nie rozumiem. Przewodnik po umysłach kuratorów sztuki (Warszawa 2009), a także Zrób to sam. Poradnik dla performerów, instalatorów i amatorów wideo (Kraków 2010). Współtwórca cyklu wystaw prezentujących twórczość artystów młodego i średniego pokolenia „My wam namalujemy” odbywających się w galeriach w Polsce i krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Obecnie przygotowuje przegląd plakatu i malarstwa „Zwizualizowałeś – nie jedź. Jadłeś – nie wizualizuj”, na którym znajdą się między innymi prace Nikodema Pręgowskiego i Filipa Pręgowskiego. W 2009 roku obronił pracę doktorską w Instytucie Sztuki PAN na temat malarskiej i plakatowej twórczości kameruńskiego artysty Emmanuela M’Bidy, pt: Brnąc
w odchodach gnu. Mroczne reprezentacje M’Bidy. Adiunkt w Zakładzie Historii Sztuki Nowoczesnej Uniwersytetu im. Stefana Kisielewskiego.






















