
Wystawa w Domu Muz była naszą pierwszą wspólną wystawą. Była to pierwsza lekcja ryzykownej alchemii mającej na celu konfrontację dwóch dyscyplin sztuki sytuujących się po dwóch przeciwnych stronach spektrum.
Staliśmy się sąsiadami nasłuchującymi swoich działań przez cienką powierzchnię, która dla jednego była stropem, dla drugiego podłogą.
Toksyczne sąsiedztwo doprowadziło do niebezpiecznego zbliżenia między plakatem i malarstwem.
Odtąd wyrazistość wizerunku podkreślona literniczym komunikatem lub grzęznąca w nawarstwieniach farby stała się istotą naszych działań będąc obecną zarówno w sferze intencji, jak i zarysowując pewne stylistyczne analogie.
Jednocześnie z biegiem czasu zaczęliśmy coraz bardziej cieszyć się zaobserwowanym paradoksem: tak wiele nas łączy jak wiele różni; jesteśmy – w naszej pracy – tym bardziej podobni im bardziej różni.
Niestety wkracza tu nieubłaganie problem różnicy
i tożsamości, więc zagłuszamy go waleniem miotłą
w sufit.


